Total Extreme Wrestling Strona Główna


Poprzedni temat «» Następny temat
LOTR Piąta Era
Autor Wiadomość
Rico 
Administrator
You talking to me?


Zawodnik w TEW: Rico Rodriqez
Wiek: 25
Dołączył: 30 Sie 2009
Posty: 119
Skąd: mam wiedzieć?
Wysłany: 2010-05-30, 20:15   LOTR Piąta Era  

Rozdział 2
Wyprawa na zamek

Kertis we wspaniałej złotej zbroi, pędzi na pięknie odzianym koniu. Wyglądają razem jak jakiś cud. Nagle z nieba spada piorun. Kertis spada z konia, ale szybko się podnosi. Przestraszony koń ucieka w popłochu, a on zostaje sam twarzą w twarz z nieznanym. Z dymów po piorunie, wyszedł ogromny troll. Przerażony Kertis, stracił odwagę i nie wie co ma zrobić. Nagle z nieba spływa na niego białe światło i szybko wraca do siebie. Wydobywa swój miecz z pochwy i już biegnie na obrzydłego trolla. Troll jednym krokiem zatrząsł ziemią. Wykonał zamach i puścił swoją maczugę na Kertisa. Lecz był on szybszy i uniknął tego potężnego ciosu. Przebiegł za trolla i zadał mu dwa ciosy po nogach. Troll zawył z bólu i szybko się odwrócił w stronę Kertisa. W oczach widać było wściekłość. Znów się zamachnął i spuścił maczugę na Kertisa. Udało mu się ją zatrzymać mieczem. Zaczął się siłować z trollem. Po chwili wykonał obór zabierając miecz spod maczugi i szybkim cięciem ściął potworowi łeb.
Wszystko wokół zaczęło się rozjaśniać. Przez okno zaczęły wpadać już pierwsze promienie słońca. Na trawie było widać jeszcze kropelki rosy. Dzień zapowiadał się pogodny. Kertis z otwartymi oczami jeszcze leżał na swoim łóżku rozmyślając o dzisiejszym dniu.
-Dziś początek mojej podróży. Mam nadzieję, że będzie ona ciekawa, ale z czarodziejem u boku raczej musi taka być. Ale miałem przedziwny sen. Może był on jakąś przepowiednią? Ale ja miałbym stanąć do walki z jednym z ogromnych trolli? To niedorzeczne. Za trzy dni poznam króla i dowiem się co mnie czeka później. Czy ruszę w daleką podróż wojenną na północ? Może wojna wcale nie wybuchnie? Przeklęty Gondor. Zawsze, liczył się tylko on. Stolica Śródziemia. Lecz teraz, gdy ostatni z rodu królewskiego nie żyje wszystko może się zmienić. Kto wie co przyniesie przyszłość.
W tym momencie drzwi się otworzyły, a do pomieszczenia wleciała jakaś ładna woń. Kertis od razu zgadł, że na śniadanie są gotowane jajka. Drzwi otworzył nie kto inny jak Orim.
-Wstawaj młodzieńcze. Masz nie całą godzinę do naszego odjazdu. Zjedz coś i weź ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy. Konie już czekają. Po prostu rwą się do tej podróży. Wczoraj udałem się do najbliższej stajni i przyprowadziłem ci wspaniałego konia. Zwie się Fedor. To niezwykły koń, mam nadzieję, że ci się spodoba. No szybko wstawaj i na śniadanie.
Orim wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Kertis szybko wstał i założył swoje najlepsze ciuchy jakie miał. Złote, jedwabne spodnie, które kiedyś dostał w prezencie od rodziców na urodziny. Zakładał je tylko na specjalne okazje. Założył najwygodniejszą zieloną bluzkę jaką miał. Już gotowy stał na środku pokoju, kiedy uświadomił sobie, że nie wie co ma wziąć ze sobą.
-Zastanowię się nad tym później. Teraz pójdę coś przekąsić. – I już pędem puścił się do kuchni. Zdziwił się bo nikogo tu nie było. Stał tylko talerz z jajkami i parę kromek chleba obok. Domyślił się, że to dla niego i zabrał się do jedzenia. Gdy kończył śniadanie do kuchni wszedł jego ojciec.
-Dzień dobry synu. Mam nadzieję, że ci smakowało, bo mama się sporo napracowała, żeby zdobyć parę jajek.
-Było wyśmienite! Zresztą jak zawsze!
-Widzę, ze już skończyłeś. Chodź za mną.- Marlo poszedł pierwszy, a Kertis zaraz za nim. Przeszli do drugiego pokoju. Sypialni jego rodziców. Marlo podszedł do sporej skrzyni, która stała pod oknem. Miała ona złote okucia. Była wykonana z mithrilu. Rzadko spotykany materiał w Haradrimie. Wyjął klucz z tylniej kieszeni i włożył go do zamka. Przekręcił, wydobyło się lekkie chrząknięcie i po chwili, Marlo uniósł wieko do góry. Skrzynia stała teraz otwarta. Kertis z zaciekawieniem podszedł do skrzyni by zobaczyć co kryje się w środku. Marlo wyjął coś podłużnego ze skrzyni. Kertis od razu poznał, że to miecz.
-Ten miecz, przechodzi w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie i teraz chcę byś ty go wziął. Zwie się Hitdeader. Mam zaszczyt ci go oddać. Mam nadzieję, że będzie ci wiernie służył tak jak mnie. – Kertis wziął od ojca miecz i z podziwem spojrzał na rękojeść która wyżłobiona z kości Mumakila przypominała twarz tego zwierzęcia. Wyciągnął miecz z pochwy i uniósł go w górę. Miecz zabłysnął zlotem.
-Został on wykonany ze złota. Jest wytrzymały pomimo tego, że ma już 1000 lat. Kiedyś wszyscy żołnierze mieli takie. – schylił się do skrzyni i zaczął w niej przebierać przeróżne przedmioty. – W tej skrzyni znajdują się rzeczy zbierane przez naszych przodków z wypraw wojennych na północ. Dużo tu rupieci, ale w jakiś sposób przypominają mi o przodkach. O jest znalazłem – Marlo wyciągnął ze skrzyni kolczugę. Wykonana z kości Mumakila wyglądała wspaniale. – Najlepsza zbroja w Haradrimie. Z tego co wiem jest ich chyba 100 sztuk, a ja mam przyjemność oddać jedną mojemu synowi.
-Tato, to dla mnie zaszczyt, przyjąć to od ciebie. Będę ją nosił z dumą. – Kertis włożył miecz do pochwy i przywiązał go sobie u pasa.
-Trzymaj. To porządny plecak podróżny. Pomieści wszystko co będziesz musiał ze sobą zabrać. Jest już zapakowany w jedzenie. – Marlo, włożył do plecaka białą kolczugę, zamknął go i podał Kertisowi.
-Wielkie dzięki tato.
-No dobrze, już pora ruszać w podróż. Pożegnaj się jeszcze z matką.

Najwyższa pora była już ruszać. Kertis pożegnał się z matką i wyszedł przed dom. Było już całkiem jasno. Było już sporo po godzinie dziewiątaj. Kertis dostrzegł Orima stojącego przy dwóch koniach.
-No nareszcie! Już nie mogłem się doczekać! Chodź i wsiadaj na swojego konia. Ruszamy!
Kertis wsiadł na swojego konia, a nie był to koń mały. Jak na konia wyglądał pięknie. Koloru brązowego, zdolny ponieść każdego. Czas był najwyższy, żeby ruszyć. Obaj ruszyli powoli na południo-wschód w stronę zamku. Pierwsza część ich podróży odbyła się bez rozmowy. Słońce stanęło w zenicie co oznaczało, że już południe.
-Orimie, kiedy zatrzymamy się na popas?
-Śpieszno nam w drogę, jeśli mamy dotrzeć do zamku za trzy dni. Zatrzymamy się dopiero jak słońce zajdzie. Musimy się śpieszyć, by dojechać do gospody „Kieł Mumakila”. Tam przenocujesz, a ja załatwię ważną sprawę.
Kertis jadąc ciekawie rozglądał się dookoła. Jeszcze nigdy nie znalazł się tak daleko od domu. Nie było czego podziwiać w krajobrazie. Wszędzie piasek. Co jakiś czas mijali małe wioski liczące po pięć domów.
-Czy, całą drogę będą tak ponure widoki?
-O nie! Jutro przyjdzie nam przejechać Dziki Las. Sądzę, że to będzie najcięższa część naszej drogi. Żyją w nim Dzicy Ludzie jak ich nazywają Haradrimowie. Nie wiadomo czego się po nich spodziewać. Kiedyś miałem przyjemność spotkać się z ich Wodzem Szalonym Kłem. Był to bardzo rozumny i mądry człowiek i mam nadzieję, że o mnie nie zapomniał, bo mam zamiar nocować u nich drugiej nocy. Ale nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Nie wiadomo czy dojedziemy do gospody.
-A mieści się ona w jakiejś wsi?
-Nie, leży w szczerym polu. Ni żywej duszy wokoło. Zatrzymuje się tam sporo przejezdnych. Najczęściej są to handlarze, choć zdarzają się nawet krasnoludy. Sprzedają mithril naszemu królowi. Jest to bardzo szlachetny materiał i jakże wytrzymały! Mówi się, że to właśnie mithrilowa kolczuga uratowała kiedyś Frodo. Co ja bym dał, żeby poznać każdy szczegół wyprawy drużyny pierścienia.
Słońce zaczęło się już chylić ku zachodowi, pojawił się nawet księżyc. Tak im zleciał pierwszy dzień podróży. Nie napotkali jak dotąd, żadnych przeciwności i spokojnie dojechali do gospody, wspomnianej przez Orima. Podjechali pod same drzwi, a Orim zapukał w nie swoją laską. Zza drzwi dobyły wały się głośne śpiewy i huki. Po krótkim czasie ktoś otworzył drzwi.
-Słucham czego tu szukacie?- zapytał się ich gospodarz. Był to człowiek niskiego wzrostu, trochę przygarbiony z siwymi już włosami. Odzież dobrze na nim leżała, przepasany był fartuchem już trochę brudnym od piwa. – O Orim to ty! Jak się cieszę, że cię widzę. Nie widzieliśmy się już parę lat. Przyprowadziłeś na dodatek przyjaciela? Kto to?
-Nie odpowiem na żadne z twoich pytań przed twoją karczmą. Może byś nas zaprosił?
-Ależ oczywiście. Gdzie są moje maniery. Wchodźcie, porozmawiamy przy stoliku.
Kertis i Orim weszli za przygarbionym gospodarzem do środka. Karczma była duża i mieściło się tu sporo stołów. Kertis naliczył piętnaście, a przy każdym stały cztery krzesła. W jednym z rogów karczmy siedziała, grupa ludzi. Pili oni piwo i coś jedli, rozmawiając i śmiejąc się przy tym głośno. Nie zwrócili oni nawet uwagi na nowo przybyłych. Gospodarz wskazał wolny stolik i ich zostawił. Podeszli do niego i usiedli.
-Całkiem miła karczma. – stwierdził Kertis rozglądając się dookoła. Ściany były pomalowane na jasno brązowy kolor. Z sufitu zwieszone były żyrandole ze świeczkami które się paliły. Okna były zasłonięte ozdobnymi firanami. Jak na karczmę były to dość spore okna. W dzień wpuszczały dużo światła tak, że w gospodzie było bardzo jasno. Kertis dopiero teraz spostrzegł, że stoliki i krzesła były wykonane z krewna i kości Mumakila.
-Jedyna w swoim rodzaju. Lubię tu zajrzeć raz na kilka lat. Zjem z tobą, a potem cię zostawię. Nie martw się, Garet to dobry człowiek. Zajmie się tobą. – W tym momencie, właśnie do nich podszedł. Niósł on trzy duże kufle piwa.
-Kazałem, żonie przygotować pieczeń! To jej specjalność. Trochę musimy na nią poczekać, ale mamy czas na rozmowę. Napijmy się razem! – Każdy wziął swój kufel i wzięli po porządnym łyku. Tylko Garet wypił wszystko od razu.
-No to moi drodzy przyjaciele, co was sprowadza w moje skromne progi?
-Przybywamy tu przejazdem. Udajemy się do zamku, porozmawiać z królem.
-Do zamku? Złe rzeczy się tam ostatnio dzieją! Z tego co słyszałem, król trafił do własnych lochów, a tron objął jego doradca, zły i ponury Wortyr. Zbiera on wszystkie siły i chcę pomóc Gondorowi! Kto to słyszał, pomagać tym zbirom i przestępcom! Jeśli musisz jechać do zamku, to przygotuj się na wszystko. Powiem ci jeszcze, że ostatnio dziwne typy przyjeżdżają do mojej karczmy. Wyglądem przypominają orki, ale z zachowania jak ludzie! Myślałem, że mnie zabiją i zjedzą, ale zapytali tylko o drogę do zamku.
-To co mówisz, jest dla mnie nowością. Orki, mówiące naszym językiem. Można przewidywać ich cel podróży na zamek. Pewnie chcą zasilić armię Haradu. Jednak, nie natrafiłem na żadnego z nich w mojej długiej podróży. – rzekł Orim i zamilkł w zamyśleniu.
-Pewnie podróżują tylko w nocy, to nie dziwota, że ich nie spotkałeś. O idzie moja żonka z pieczenią. Skarbie, jestem ci bardzo wdzięczny! Bądź tak miła i przygotuj jeszcze posłania naszym gościom. – pieczeń stanęła przed nimi na stole. Wyglądała bardzo smacznie, tak też pachniała. Kertis nie mógł rozpoznać co to za zwierzę, ale wziął jeden kawałem i zjadł go z apetytem. Orim ciągle siedział, wyraźnie nad czymś rozmyślając.
-Przyjacielu, czemu nie jesz? Bardzo smaczna jest ta potrawa chociaż spróbuj, nie masz się czego bać!
-To nie oto chodzi, po prostu próbuję sobie przypomnieć całą moją drogę podróży po północy. Która to już godzina? Przepraszam, ale muszę was opuścić. Jednakże zastaniecie mnie jutro na śniadaniu. Kertis, postaraj się wstać najpóźniej o siódmej, ponieważ o ósmej chcę już ruszyć w dalszą drogę. Żegnajcie. – Orim podniósł się i zaraz zniknął za drzwiami. Kertis jeszcze raz spojrzał na ludzi ucztujących w drugiej części karczmy.
-Co to z ludzie? Nie wyglądają na tutejszych.
-Bo oni nie są tutejsi. Przybywają z zachodu znad Wielkiego Morza. To porywczy ludzie, więc lepiej z nimi nie rozmawiaj. Pewnie jesteś zmęczony po podróży? Chodź, pokażę ci pokój. – Garet się podniósł i poszedł przed Kertisem. Przeszli przez zdobione drzwi, które znajdowały się obok drzwi do kuchni. Szli teraz długim korytarzem. Po obu stronach Kertis dostrzegał drzwi i numerki na nich. Była to część mieszkalna dla gości i studzonych podróżników, którzy tu dość często zaglądali. W tej chwili, połowa pokoi była zajęta. Wreszcie się zatrzymali przed pokojem z numerem 21. Garet wyciągnął z kieszeni pęk kluczy i zaczął w nich przebierać. Wreszcie znalazł to czego szukał. Dwa klucze z zawieszką a na nich numer dwadzieścia jeden. Jeden klucz zdjął z pęku i podał go Kertisowi.
-Trzymaj to klucz dla ciebie, tak na wszelki wypadek. – Teraz wziął do ręki drugi klucz i włożył go do zamka w drzwiach. Mechanizm strzyknął, Garet nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Pokój był nie za duży. Mieściły się tu zaledwie dwa łóżka i zostawało już nie wiele miejsca. Pod ścianą obok drzwi stały dwie misy z ciepłą wodą. Naprzeciwko drzwi znajdowało się okno, a przy nim mały stolik na którym stała świeca. Obok stolika stały dwa stołki. Łóżka były umieszczone po obu stronach stoliczka.
-Śmiało, rozgość się. Wasze rzeczy kazałem położyć na waszych łóżkach, a konie odstawić do stajni. Nie musisz się o nie martwić, dostały siano. Życzę miłej nocy. Dobranoc. Zobaczymy się rano na śniadaniu. – Garet wyszedł. Kertis jeszcze raz rozejrzał się po pokoju. Dostrzegł swoje rzeczy na łóżku po lewej stronie. Swoje rzeczy położył na stoliku i sam położył się na łóżku. Zapadł w kamienny sen. Tej nocy nic mu się nie śniło.

Obudził się dopiero rano. Wybiła właśnie godzina siódma.
-Najwyższy czas wstawać. Ale co to? Orim chyba w ogóle nie spał tej nocy, bo jego rzeczy nie są nawet ruszone. – Kertis podniósł się i poszedł do głównej części karczmy na śniadanie. Zdziwił się bardzo, ponieważ wolnych stolików było nie wiele. Wszędzie siedzieli czarni ludzie, zajadający śniadanie. Dostrzegł również ludzi z zachodu, siedzących w tym samym miejscu. Garet podszedł do Kertisa.
-Widzę, że przyszedłeś na śniadanie? Usiądź sobie tu. – wskazał mu stoli najbliżej lady. – Dziś jest duży tłok. Żołnierze, którzy u mnie nocowali, wstali bardzo wcześnie i już połowa z nich opuściła moją karczmę. Ci tutaj już kończą. Ważne, że za to wszystko płacą. Sądzę, że wzywa ich nowy król, na jakąś organizacje wojsk. Ale, co ja cię zagaduje. Siadaj, zaraz każę podać ci śniadanie. Powiem, też by przygotowano wam konie w dalszą drogę. – Garet zniknął w drzwiach do kuchni. Kertis siedział tak sam, zastanawiając się co teraz porabia Orim, tak ważnego, że nie spał tej nocy. Reszta żołnierzy zaczęła powoli opuszczać karczmę. Znów zostali tylko ludzie z zachodu. Wyglądali, jakby całą noc tu spędzili na rozmowach i piciu. Wreszcie wrócił Gospodarz.
-Masz, to specjał mojej żony. Gotowane jaja. Mam nadzieję, że będą ci smakowały. Życzę smacznego, a teraz pójdę dopilnować, przygotowania koni.
-Poczekaj, miły panie. Chciałbym wiedzieć, czy nie widziałem Orima.
-Nie, nie widziałem go od momentu wczorajszego rozstania. Nie martw się. Na pewno się stawi na umówioną godzinę. – W tym momencie wpadł jeden z podwładnych Garet.
-Panie, w stajni został tylko jeden koń, drugiego nie ma. Była jeszcze ta kartka, dla niejakiego Kertisa. Kertis wziął kartę od niego i zaczął czytać:

Mam nadzieję, że mi wybaczysz, że żegnam się
Z tobą w ten sposób, ale nasze drogi rozchodzą
Się na pewien czas. Śpieszno mi było ruszyć w
Daleką drogę na południe. Muszę się spotkać ze
Starym przyjacielem. To bardzo ważne. Jedź dalej
Obraną, przeze mnie drogą. Uprzedziłem Dzikich
Że będzie u nich mój przyjaciel. Przywitają cię
Gorąco. Życzę ci powodzenia w dalszej drodze.
Sądzę, że uda mi się ciebie dogonić kilka staj za
Lasem Dzikich. Ruszaj w drogę. Powodzenia.

Kertis lekko osłupiały, otrząsnął się i włożył list do kieszeni.
-Śpieszno mi w drogę, skoro tak piszę Orim. Pożywię się i zaraz ruszam w dalszą drogę. – Kertis zjadł wszystko, co dostał, a do tego wypił kufel piwa. – Muszę się teraz z tobą pożegnać Dobry Gospodarzu. Twoja gościna, była naprawdę wspaniała.
-Zawszę się cieszę, gdy mogę służyć Orimowi i jego przyjaciołom. Szczęśliwej podróży. Ale na Dzikich lepiej uważać. Pomimo słów Orima, strzeż się ich. Ludzie nie powinni im ufać. Kertis wyszedł z karczmy. Zaraz przed drzwiami stał jego wierny rumak Fedor. Zasiadł mu na grzbiecie. Kertis lekko przygnębiony wiadomością Orima, ruszył w dalszą drogę. Po drodze zauważył, że klimat zaczyna się zmieniać. Pustynie zamieniły się w porośnięte trawą łąki. Gdzie nie gdzie rosły bujne drzewa, tak wysokie, że wydawało się iż sięgają nieba. Droga również się zmieniła. Jechał teraz po kamiennym szlaku który prowadził już prosto do zamku. Jednak ten szlak omijał dużym łukiem Dziki Las, a wędrówka po nim wydłużała drogę do zamku o dwa dni. Kertis dotarł wreszcie do rozstaju dróg. Musiał dokonać wyboru. Jechać cały czas kamiennym gościńcem, czy puścić się przez ten ponury las, w którym żyli Dzicy Ludzie. Postanowił zaufać Orimowi i ruszył prosto przed siebie droga do lasu. Dochodził już zmierzch, a Kertis jeszcze nie dojechał do lasu. Jechał on cały czas bez zatrzymywania się. Nic nie jadł od śniadania w przytulnej karczmie. Droga, którą wybrał była trudniejsza do przebycia. Nie była kamienna. Musiał jechać po piaszczystej i grząskiej ziemi. Wjeżdżał właśnie na pagórek, gdy dostrzegł pierwsze drzewa ogromnego lasu. Szczęśliwy, że wreszcie dotarł, pośpieszył konia. Już po chwili, przebył odległość dzielącą pagórek, a las. W jechał w jego mroczne ostępy. Było tu jeszcze bardziej ponuro, ponieważ słońce już zaszło. Zwątpił czy wybrał dobrą drogę. Jechał tak jeszcze godzinę, gdy na drodze stanęli mu ludzie. Byli oni bardzo dziwni. Czarnej karnacji, ubrani w skóry dzikich zwierząt, na szyi nosili naszyjniki z ich zębów. Za broń mieli jedynie, drewniane włócznie. Wszystko co sami zdołali wykonać w tym lesie.
-Witamy, cię podróżniku. Zapewne jesteś zapowiedzianym przyjacielem Orima. Jam jest wodzem Dzikich Ludzi z tego lasu Szalony Kieł. Nie pozwalamy, wjeżdżać do naszego lasu byle komu. Masz szczęście, że Orim uprzedził nas o twoim przejeździe, bo marnie byś skończył. Zsiądź z konia. Moi ludzie się nim zaopiekują. Chodź za mną do naszego plemienia. Na pewno jesteś znużony i głodny po ciężkiej podróży. Trzymaj się blisko mnie, żebyś nie zabłądził. Jutro odprowadzimy cię na wschodni kraniec naszego lasu. Żwawo ruszaj się.
Kertis posłusznie poszedł za Wodzem Dzikich Ludzi. Wydawało mu się, że idą tak już parę godzin, gdy wreszcie stanęli przed wioską Dzikich. Nie było to nic specjalnego. Domy mieli oni pobudowane z drewna, co poniektórzy, robili sobie mieszkania z pni drzew, wydrążając je wcześniej. Po środku tej dziwnej wioski płonęło ogromne ognisko.
-Usiądziesz obok mnie przy ognisku.
Tak więc Kertis zrobił tak jak mu wódz rozkazał. Nie było to duże plemię. Liczyło zaledwie 200 ludzi. Przy ognisku usiadła zaledwie połowa. Reszta pilnowała lasu, by nic i nikt nie zakłócił uczty. Szalony Kieł zaczął opowiadać Kertisowi o ich plemieniu.
-Po mimo tego, że ludzie uważają nas za dziki lud, jesteśmy spokojni i mądrzy. Wiele pracy włożyliśmy, by się tu osiedlić, z dala od wojen. Żyje nam się tu bardzo dobrze i bez walki nie oddamy naszej krainy. Orim mówił mi, że nie długo nadejdą straszne lata. Najgorsze w całym Śródziemiu. Zacząłem szkolić wszystkich ludzi. Staniemy po stronie Haradu. Po stronie króla. Zło znów się obudziło, w jeszcze gorszej postaci niż Sauron. Jest teraz silniejsze niż kiedy kol wiek. Góra przeznaczenia, nie może znieść, że u jej podnóży wybudowano wspaniałe miasto i stolicę Gondoru. Dziwisz się skąd tyle wiem? Naszymi oczami i uszami są zwierzęta. Żyjemy z nimi w zgodzie.
-To fascynujące. Cieszę się teraz, że posłuchałem rady Orima i pojechałem przez ten las. Skróci mi to podróż o dwa dni. I już jutro znów się z nim spotkam.
-Ja cię tu zagaduje, a ty jesteś zmęczony po podróży. Prześpij się. Postawiliśmy ci namiot. Śpij snem spokojnym, bo w żadnym zakątku Haradu nie jest tak bezpiecznie jak u nas w lesie. Dobranoc. – Szalony Kieł zniknął w ciemnościach. Kertis podniósł się ze swojego miejsca i począł iść w stronę namiotu wskazanego przez wodza. Dopiero teraz poczuł się ogromnie zmęczony. Położył się na macie położonej pod namiotem. Wydała mu się czymś tak miękkim, że trudno to opisać. Od razu zapadł w głęboki sen.

Rano obudziły go smakowite zapachy. Wyjrzał z namiotu. Teraz dopiero dostrzegł jak w tym miejscu jest pięknie. Światło słoneczne przelatujące między liśćmi drzew padało na powierzchnie domów które się skrzyły. Do jego namiotu podszedł ktoś z plemienia.
-Wódz prosił cię obudzić i zaprosić na śniadanie. – posłaniec odszedł nie mówiąc nic więcej. Kertis wstał i udał się w stronę siedzących przy stołach. Teraz pomiędzy stołami leżały tylko zgliszcza po ogromnym ognisku. Gdzie nie gdzie jeszcze tylko się skrzyło. Ognisko zgasło prawie całkowicie. Przy jednym ze stołów siedział wódz Szalony Kieł. Obok niego było jedno wolne miejsce. Kertis domyślił się, że jest ono właśnie dla niego i zasiadł na nim.
-Witaj przybyszu. Mam nadzieję, że dobrze ci się spało. Zjedz coś i zaraz odprowadzimy cię pod granice lasu. – Wódź już się do niego nie odezwał przy posiłku. Gdy Kertis się najadł podniósł się od stołu i zaczął przechadzać się po lesie dla rozluźnienia. Przy drzewach rosło bardzo dużo, różnych rodzajów kwiatów. Jedne miały moce lecznicze, inne otrzeźwiające, a jeszcze inne tylko ładnie pachniały. Gdy tak się Kertis przechadzał wśród drzew, tego tajemniczego lasu dostrzegł kogoś przed sobą. Była to smukła postać tańcząca wśród drzew. Dopiero po podejściu bliżej dostrzegł, że to kobieta. W tym pięknym lesie wydała mu się czymś wyjątkowym. Serce zaczęło mu mocniej bić. Nie śmiał podejść bliżej, tylko się przyglądał jakie zgrabne ruchy wykonywała podczas swojego tańca. Gdy, go dostrzegła na jej policzkach pojawił się rumieniec, ale Kertis nie mógł tego zobaczyć z tak dużej odległości. Nie zdążył nic krzyknąć do pięknej nieznajomej, a już zniknęła wśród gąszczu. Kertis lekko zawiedziony, zakończył na tym swój spacer i postanowił ruszyć w dalszą drogę. Gdy wrócił do serca obozu, zaraz dostrzegł go Wódz i podszedł do niego.
-I jak podoba ci się u nas w lesie? Porozmawiamy w drodze na granicę lasu. Ruszajmy. – W tym momencie jeden z ludzi podprowadził mu konia. – Pojedziesz na swoim koniu. My wolimy własne nogi. Nie martw się, szybko biegamy.
Kertis wsiadł na swojego rumaka i dał mu znak do ruszenia. Dochodziła godzina dziesiąta, trzeciego dnia podróży. Jechał wolno, nie śpieszyło mu się. Chciał mieć pewność, że Orim będzie na umówionym miejscu spotkania. Wódz szedł obok niego. Kertis dostrzegł wśród drzew sporą ilość ludzi z łukami. Byli to strażnicy pilnujący granicy wioski. Nikt nie przeszedł koło nich po cichu. Widzieli i słyszeli wszystko. Byli to jedni z najlepszych łuczników w Haradzie. Legendy mówią, że są oni pozostałością po Elfach, o których Śródziemie, prawie całkiem zapomniało. Grupa elfów osiedliła się w tych lasach nie długo po pokonaniu Saurona. I tak ich potomkowie mieszkają tu, aż do dziś. Słońce zbliżało się do zenitu. Południe się zaczynało, gdy Kertis dostrzegł koniec lasu. Za lasem były rozciągające się na wszystkie strony łąki. Dużo zieleńsze i w większej liczbie niż przed wjazdem do lasu.
-Nasza granica już blisko. Niedługo się pożegnamy, ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zaszczycisz nas swoją wizytą.
-Też mam taką nadzieję. Świetnie się czuje w waszym lesie. Niczego tu nie brakuje.
-Po tej stronie lasu znajdują się bardzo dzikie ziemie. Gospodarstwa są oddalone od siebie o parę mil. To tu hoduje się Mumakile. Lecz w tej części kraju zwaną Fallen, krążą złodzieje i zabójcy. Uważaj na nich. Nie raz ukradną jakiegoś słonia i wykorzystają go do swoich potrzeb. Bądź czujny i śpij z jednym otwartym okiem. Powodzenia. – Zatrzymali się na skraju lasu. Kertis pożegnał Wodza Szalonego Kła, i już miał ruszać w dalszą drogę. Jeszcze wydało mu się, że widzi pośród drzew tą samą piękność co ukazała mu się rano. Lecz już po chwili stracił ją z oczu. Pomyślał, że mu się przywidziało i ruszył w dalszą drogę wśród dzikich ostępów. Jakiś czas jechał polną dróżka, ale na wschodzie, widział już gościniec do którego przybliżał się z każdą minutą. Czuł, że od wyjazdu z lasu minęło już co najmniej parę godzin i poczuł się bardzo głodny. Zatrzymał się i rozsiadł się wygonie na trawie. Mieszkańcy lasu zapakowali mu trochę żywności. Był tam między innymi chleb, suszone owoce i mięso, ale Kertis po smaku nie umiał zgadnąć jakie zwierze jadł. Po posiłku, popił wodą. Menzurkę napełnili mu także mieszkańcy lasu. Woda była z jednego ze strumieni które płyną tylko w Dzikim Lesie. Niezwykle go ta woda orzeźwiła. Po wszystkim położył się wygodnie na trawie i spojrzał w niebo. Jedna z chmur przypominała mu postać niezwykłej i tajemniczej postaci z lasu. Jego myśli nie mogły się od niej oderwać. Kim była? Na to pytanie nie uzyskał odpowiedzi przed wyjazdem z lasu. Słońce zaczynało się chylić ku zachodowi. Kertisowi wydało się, że widzi w oddali jakąś postać. Z każdą chwilą ktoś się do niego przybliżał. W końcu dostrzegł jakiegoś jeźdźca z łukiem w ręku. Nie był to Orim. Nagle dziwna postać wyciągnęła strzałę z kołczanu, napięła łuk i wypuściła strzałę w kierunku Kertisa. Miał ogromne szczęście bo strzała chybiła o włos. Wstrząśnięty Kertis szybko sięgnął po swój łuk który miał na koniu. Zanim go sięgnął jeszcze dwie strzały chybiły celu. W końcu sam napiął cięciwę i wypuścił strzałę. Napastnik dostał w ramię. Kertis nie zdążył oddać drugiego strzału, a strzelec zniknął wśród ostępów, zostawiając za sobą ślad krwi. Kertis szybko dosiadł Fedora i szybko pomknął w dalszą drogę, obawiając się powrotu napastnika wraz z towarzyszami. Jechał tak szybko jak tylko potrafił jego koń. Nie minęło nawet 20 minut tej ucieczki, gdy za jego plecami pojawiła się duża grupa ludzi na koniach pędząca za nim. Pośpieszył swojego rumaka i gnał już po gościńcu. Konie napastników były jednak szybsze. Fedor zmęczony po całym dniu dawał z siebie wszystko. Z każdą chwilą przybliżali się do Kertisa. Nagle zobaczył przed sobą dwie postacie, a obok nich konie. Stali na samym środku drogi, blokując przejazd. Kertis nie mógł rozpoznać tych postaci z tak dużej odległości. Przeciwnicy za nim zaczęli strzelać z łuków. Strzały świstały w powietrzu, ocierając się o Kertisa. Jedna z postaci przed nim, naciągnęła cięciwę i wypuściła strzałę. Kertis zamknął oczy. Jednak nic nie poczuł. Strzała przeleciała obok niego i ugodziła jednego z jeźdźców. Trafiła go prosto w serce. Bezwładne ciało zbójcy spadło z konia. Zdziwiony Kertis spojrzał w stronę dwóch nieznajomych i w tej chwili poznał jednego z nich. Był to Orim. Szczęśliwy, że ma szansę na ucieczkę pośpieszył Fedora, jeszcze bardziej. Postać stojąca obok Orima, co chwila wypuszczała strzałę, która mknąc w powietrzu, za każdym razem trafiała w cel. Z pośród 20 jeźdźców została zaledwie połowa. Nagle Kertis poczuł ból. Po ciele przeszedł go dreszcz. Ból z każdą chwilą nieznośnie się powiększał. W końcu stracił przytomność. Został trafiony jedną ze strzał. Szczęśliwy strzelec pożył tylko chwilę po tym, bo zaraz trafiła go strzała towarzysza Orima. W końcu napastnicy dali za wygraną i zawrócili konie. Fedor biegł dalej z nieprzytomnym panem na grzebiecie. Udało mu się dobiec do Orima. Obaj rzucili się, by zdjąć ciało Kertisa. Położyli go na zielonej i mięciutkiej trawie. Na jego czole pojawił się pot. Jednym sprawnym ruchem strzelec wyciągnął strzałę z pleców Kertisa.
-Miał duże szczęście. Kilka centymetrów wyżej i by zginął na miejscu- zwrócił się do Orima. – Wykorzystaj swoje wszystkie zdolności do uleczenia go. Jutro powinniśmy ruszyć w dalszą drogę.
-Zrobię co będę mógł. Na pewno ocknie się do jutra. – Orim wyjął zioła lecznicze z torby na swoim rumaku Riddhorsie i przyłożył jeden liść do rany Kertisa. Rozniecił też ognisko i do garnka z wodą rozdrobnił resztę ziół.
Kertis miał niespokojny sen. Widział w nim wszystko przez mgłę. Dostrzegł jeszcze raz Piękność z Dzikich Lasów. Wołał ją, ale ona go nie słyszała. Widział jak zaczynają ją atakować orki, ona zaczyna uciekać, a on nie mógł nic zrobić. Nie mógł się ruszyć. Mógł stać tylko w miejscu i patrzeć na to. W środku nocy obudził się wreszcie. Zobaczył siedzącego nad nim Orima.
-C..Co się stało?
-Dostałeś jedną ze strzał. Na szczęście udało nam się ciebie uratować. Szybko wyzdrowiejesz. Ci zbójcy są udręką. Ale czas nas goni. Musimy ruszyć z samego rana. Idź spać, jutro coś zjesz i wrócą ci siły. – Kertis zrobił to co mu polecił. Zamknął oczy i zasnął. Już mu się nic nie przyśniło.

Rano obudziły go promienie słońca padające mu na twarz. Spróbował się podnieść i poczuł ukłucie na plecach.
-Nie rób gwałtownych ruchów! – ostrzegł go Orim. – To może być dla ciebie bolesne i otworzyć ranę!
-Mam tyle pytań do ciebie Orimie! Gdzie byłeś przez ten cały czas? Kim jest ten tajemniczy strzelec który uratował mi życie?
-Powoli, Kertisie. Wszystko po kolei. Na razie powiem ci, że jest to Caladur. Jest on księciem Haradu, a raczej był. Odkąd Wortyr wtrącił jego ojca do lochów, uciekł z zamku i ukrywał się przed patrolami wysłanymi po niego. Przed moim wyjazdem w podróż na południe przeczuwałem coś więc powiedziałem mu, że jeśli coś się stanie to niech czeka na mnie przy wjeździe do Dębowego Jaru. Jak tylko dowiedziałem się od Geneta o wszystkim musiałem udać się tam. Nie byłeś mi do tego potrzebny więc dałem ci w spokoju przespać całą noc. Udałem się na umówione miejsce okrężną drogą. Przejechałem przez Dziki Las powiedzieć tylko wodzowi, że do niego zawitasz. Od razu po wyjeździe z lasu udałem się prostą drogą na południe do Fllorin. Mieści się tam zwierciadło widzenia. Skontaktowałem się z moimi przełożonymi i o wszystkim ich poinformowałem. Mieli wysłać kogoś do Rohanu i Gondoru złagodzić sytuację jak najbardziej.
-Zwierciadło widzenia? Pierwszy raz słyszę.
-Musiałeś słyszeć o kamieniach które pozwalały na śledzenie wszystkich i wszędzie. Rada wykorzystała te kamienie i stworzyła 10 zwierciadeł widzenia. Po dwa do każdego kraju. Do Gondoru, Rohanu, Haradu, byłego kraju elfów, kraju krasnoludów i na daleki wschód. Dzięki nim możemy się komunikować.
-To fascynujące. Będę mógł kiedyś użyć tego zwierciadła?
-Nie sądzę by było to możliwe. Nie jesteś czarodziejem, a poza tym nasza droga nie wiedzie przez miasta ze zwierciadłami. Trzymaj. Masz tu trochę chleba i suszonego mięsa. Zjedź to i wyruszymy do stolicy. Dziś dojedziemy. Nie sądzę, że przyjmą nas tam miło, ale spróbuje przemówić Wortyrowi do rozumu. Nie może wywoływać wojny od tak.
Kertis zjadł i poczuł się dużo silniejszy.
-A gdzie się podziewa Calador? – zapytał się zdziwiony nieobecnością księcia.
-Na zwiadzie. Nie chcemy znów wpaść w łapska zabójców. A poza tym musimy dostać się do miasta prawie nie zauważeni. Wortyr nie może wiedzieć, że jedziemy do niego. Jeśli by się dowiedział od razu zamknął by bramy i nawet nas nie wpuścił. A tak nie zdąży wydać takiego rozkazu. Ruszajmy. Calador ma do nas dołączyć po drodze.
I znów razem ruszyli w drogę. Nie uchronnie zbliżała się chwila dotarcia do stolicy. Po przejechaniu niecałej mili, spotkali Księcia.
-I jak tam droga do zamku?
-Nie widziałem nikogo z nieprzyjaciół. Ale do zamku przybywa dużo wojsk. Chyba niedługo wymarsz na wojnę.
-Wtopimy się w tłum. Nikt nie będzie wiedział, że jesteśmy w zamku. Ja muszę porozmawiać na osobności z Wortyrem.
-Książę, pragnę ci służyć dopóki nie odzyskasz swego tronu.
-Zgoda. Ty musisz być tym dzieckiem ze spalonej wioski. Zawszę chciałem cię poznać, tak samo jak mój ojciec. – Kertis dopiero teraz zobaczył jak wygląda Książę. Był on ciemnoskóry, miał długie czarne włosy opadające na ramiona. Miał na sobie szary płaszcz z kapturem, na wypadek jak by musiał iść niepostrzeżenie po mieście. Nie wyglądał na starszego niż Kertis. Wiek mieli taki sam. Calador urodził się w dniu napaści na wioskę Kalen. Dobrze zbudowany, u boku miał swój wierny miecz, a na plecach zawieszony swój łuk, którym uratował życie Kertisowi. – Razem uda nam się przywrócić panowanie mojego ojca. On nigdy by nie poszedł na wojnę. Zawszę chciał jak najlepiej dla całego Haradu.
-Jeszcze nadejdą wspaniałe czasy Haradu, jakie nigdy nie nastały. Gdy ja będę negocjował z Wertyrem, waszym zadaniem będzie wyciągnięcie króla z lochów. Mam nadzieję, że się to wam uda, bo muszę z nim porozmawiać.
-Uda nam się na pewno. Straże więzienia będą uszczuplone skoro chcą wyruszyć na wojnę.
-Też tak myślę, dlatego daję wam to zadanie. Gdyby była normalna straż, to nigdy byście tego nie dokonali. Pamiętaj Caladorze, że nikt nie może cię rozpoznać.
-Wiem. Jeśli uda nam się uratować ojca ruszymy na południo-wschód do mojego brata. Tam zbierzemy siły i odbijemy Hallen choćby siłą.
-Tylko w ostateczności powinniśmy walczyć we własnym państwie. Potrzebne nam siły na obronę kraju przed Rohanem i Gondorem. – Jechali tak, aż do południa, wtedy na horyzoncie pojawił im się zamek. Kertis nie mógł dowierzyć oczom. Zamek był ogromny. Dojechali do zamku od zachodu, a od wschodu i południa zamek Hallen opływała rzeka Hesja. Dzięki temu był zabezpieczony z tych stron przed atakami. Od wschodu znajdowała się główna brama, a od północy zabezpieczony był pagórkowatym terenem, utrudniającym ruchy wojsk i machin oblężniczych. Zamek ma już tysiąc lat, ale nic nie stracił na wytrzymałości przez te lata. Mury wciąż są tak wytrzymałe jak niegdyś. Z oddali dostrzegł wysoką wieżę. Była ona biała, wykonana z najtwardszej kości mumaiklów. Na jej szczycie znajdował się ogromny róg, który w razie potrzeby informował cały kraj o rozpoczętej wojnie.
-Jest przepiękny.-jedyne co udało się wypowiedzieć Kertisowi na ten widok.
-Zbudowali go za dawnych czasów moi przodkowi wraz ze wspaniałymi budowniczymi jakimi są krasnoludy. Jest to twierdza nie do zdobycia. – zachwalał zamek Calador
-Miejmy nadzieję, że nie przyjdzie nam go zdobyć kiedy siłą. – rzekł Orim – No, nie zwlekajmy dłużej. Została nie cała mila drogi, musimy się pośpieszyć.
Ruszyli w dalszą drogę. Dziś miło się okazać co uda im się osiągnąć po tej kilku dniowej wyprawie…
_________________
PREZES TEW / GENERALNY MANAGER
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Szybka odpowiedź
Użytkownik: 


Wygaśnie za Dni
 
 
 
 
 
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

| | Darmowe fora | Reklama
Style created by Kula & Gozda
Strona wygenerowana w 0.07 sekundy. Zapytań do SQL: 14